Jestem świadkiem epoki, kiedy po peronach dworców uwijali się bagażowi. Zazwyczaj wiązało się to z przyjazdem wujostwa z Warszawy. Okazja, dla której cała rodzina wychodziła na dworzec, nie bez powodu.
Gdy pociąg wjeżdżał zaczynaliśmy niecierpliwie przemieszczać się po peronie w poszukiwaniu wagonu pierwszej klasy. Peron niski a wagon wysoki, więc ciocia, malutka okrąglutka, skakała z ostatniego stopnia, a naszym zadaniem było ją łapać. Ledwie znalazła się na ziemi niecierpliwa zaczynała popiskiwać „Ojej, nie ma bagażowego”. Tymczasem wujek, postawny, jeszcze stojąc na najwyższym stopniu donośne wołał: „Bagażowy!” Podbiegał mężczyzna w czarnym uniformie, w czapce z otokiem, na której był numer – jego, bagażowego. Miał ze sobą jakiegoś rodzaju wózek, wskakiwał do wagonu i wyciągał z jego czeluści zawsze liczne bagaże wujostwa (były wśród nich również prezenty dla dzieciarni). Cała procesja udawała się do dorożki, a późniejszych latach do taksówki. Wsiadał kto się zmieścił, reszta rodziny wracała do domu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
I jeszcze jedno wspomnienie, dla matki mojej przyjaciółki podróżującej przed wojną często i na dużych odległościach miarą ubóstwa był fakt, że człowieka nie stać było na bagażowego.
Tymczasem zawód bagażowego przeszedł do historii, każdy jest swoim własnym bagażowym. Nie wyobrażamy sobie dziś podróży bez walizki (torby) na kółkach. Ba, czasy zmieniły się jeszcze bardziej, dziś w pociągu żaden młody mężczyzna nie spieszy w sukurs z wtaszczeniem walizki na półkę, a nierzadko poproszony o pomoc odpowiada, że ma coś tam z kręgosłupem. Wyciągnęłam wnioski. Zakupiłam najmniejszą i najlżejszą walizkę do prowadzenia obok siebie na czterech kółkach. Napakowana nie ma prawa ważyć więcej niż 8 kg, waga z jednej strony dopuszczalna na niektórych liniach lotniczych jako bagaż kabinowy, z drugiej dostosowana do moich sił i możliwości. Przyznaję, spakowanie się nie jest łatwe, ale możliwe.
Jeszcze te cztery kółka. Otóż nie cierpię walizek ciągnionych na dwóch kółkach „pół kilometra” za sobą. Dziesiątki razy potknęłam się o taką walizkę na dworcach i lotniskach, raz przewróciłam. Spiesząc się i lawirując w tłumie po prostu nie patrzy się pod nogi. Proszę was, kupujcie walizki prowadzone przy sobie, zajmują dużo mniejszą przestrzeń, nie przeszkadzają współpodróżnym, a poza tym, czyż nie wygląda się dużo bardziej dynamicznie (młodziej) z taką walizką? W odróżnieniu od wizerunku szkapy pociągowej.
Kiedy kończy się uprzejmość?
Izabella

Pingback: Walizki i savoir vivre z blogu Pani Izabelli Nowotny | savoir vivre i nowa klasa średnia
Temat „walizkowy” dla wiecznie obładowanej „matki Polki siatkarki” (najsilniej obsadzodzona sportowa konkurencja narodowa) jest bardzo trudny. Ideałem jest maly bagaż czyli podróżowanie tak jak Izabella do Portugalii ( z kosmetyczką i uśmiechem). Jednak przed wyjazdem wyobraźnia nam podsuwa sytuacje, w których może być narażona nasza niezależność i bezpieczeństwo. No i zaczyna się gromadzenie „przydasi” – a poza tym chcemy „wyglądać ” a nie tylko oglądać.I zaczyna się problem z wyborem, Dobrze jest po podróży (wtedy jeszcze pamiętamy co nam się nie przydawało)- skompletować te najbardziej prozaiczne rzeczy w stały pakunek. Potem będzie łatwiej wybrać resztę i co nas uchroni przed koniecznością korzystania z pomocy współpodróżnych.
Początkowo nie zareagowałem na Twój wpis, bo cóż tu pisać o walizkach? Jednak po pewnym czasie przypomniała mi się moja przygoda z walizką, która skłoniła mnie do tego wpisu.
W latach 80. wybieraliśmy się z moją ówczesną (dziś św. pamięci) żoną na urlop do Bułgarii. Bagaż pakowany do ostatniej chwili zajmował prawie pół pokoju, z ledwością zdążyłem go wrzucić do samochodu i w ostatniej chwili zdążyć na pociąg. Ledwie upchałem go w naszym przedziale sypialnym, gdy nagle usłyszałem: a gdzie jest żółta walizka z ciuchami i kosmetykami? Faktycznie, nie było jej na półkach. Wiedząc, że bez tej walizki będę miał zepsuty cały urlop, wysiadłem na najbliższej stacji i wróciłem do Warszawy szukać walizki. Na peronie jej nie było, w samochodzie też nie. Znalazłem ją w domu. Nie namyślając się, prędko pojechałem na lotnisko, żeby złapać jakiś samolot. Był samolot do Rzeszowa, ale nie było miejsc. Ubłagałem, żeby mnie wzięto na miejsce służbowe stewardesy. W Rzeszowie szczęśliwie złapałem pociąg do Przemyśla, ale teoretycznie przyjeżdżał on 5 minut po odjeździe mojego pociągu. Liczyłem na cud i ten się zdarzył – zdążyłem! Musiałem jednak przejść przez kontrolę celną. Celnik potraktował mnie jak jednego z przemytników i kazał otworzyć walizkę. Gdy zobaczył jej zawartość, o której mówiłem, że są to tylko rzeczy osobiste (nie wspomniałem, iż nie moje), spojrzał na mnie przeciągle, na chwilę zaniemówił i po chwili powiedział tylko: No dobra, laluniu, możesz zamknąć te swoje osobiste rzeczy. Nie miałem czasu na tłumaczenie; zamknąłem walizkę i w ostatniej chwili wskoczyłem do pociągu, który udało mi się dogonić. Tak więc walizka może być tematem takiego wpisu
Dziękuję za komentarz, jak sam zauważyłeś (prawie) wszystko może być ciekawe, zabawne, nawet tekst o walizkach. Uśmiałam się, bo znam was z tamtych lat i mogłam sobie dokładnie wyobrazić całą opisana sytuację.
Opowieść sentymentalna z łezką w oku -przypomniała Pani czasy zwykłe i niezwykłe ! Moje życie to nieustanne podróżowanie – dziękuję za „poruszenie ” pamięci . Pozdrawiam .
Maja Kozak .