Pociągi

Strach wrócił. Po kilkudziesięciu latach. Ale inny, niż strach zimnej wojny, czasów mojego dzieciństwa. To było podczas wakacji. Miejscowość letniskowa leżała przy magistrali wschód – zachód. Pociągi na stację mojego dzieciństwa zajeżdżały nocą. Budziły mnie, mimo bardzo mocnego snu wyhasanego dziecka. Ciężkie, powolne sapanie lokomotywy parowej, potęgowane echem odbijającym się od ściany lasu – był i gwizd, i świst, i para buch – oznajmiało przejazd pociągu – bardzo ciężkiego, bardzo długiego. Czasami dwie lokomotywy ciągnęły wagony, a ich uch, puff i uff jak gorąco nie były skoordynowane. Ledwo sapiąc, ledwo zipiąc, przesuwały się powoli, jak żółw ociężale, ale w odróżnieniu od tuwimowskiej lokomotywy nie przyspieszały. A dokąd? Na wprost, na zachód… Przy tym i w pierwszym, i w drugim, i w ostatnim wagonie było TO SAMO.

Dziecko bało się – nie widma wojny – parowozu.

Minęło więcej niż pół wieku, a ja mieszkam w miejscowości przy tej samej magistrali, trochę bardziej na wschód. Współczesne lokomotywy spalinowe bądź elektryczne nie pufają i nie buchają, a od kiedy kilka lat temu przebudowali całą linię kolejową jadą cicho, mało gwiżdżą, nie świszczą. Nie zakłócają mojego snu, czasami podróż samochodem, jeśli trasa prowadzi przez przejazd kolejowy.

Tym razem prowadziła. Przejazd był zamknięty, kolejka kilkudziesięciu samochodów, widać od jakiegoś już czasu czekających. I ciągle nic się nie działo. Awaria? Przemknęło mi przez głowę, bo i te się zdarzają. O Babciu, jedzie! – zawołał wnuk – tu z lewej… Nadjeżdżał. Pociąg. Z zachodu na wschód. Zbliżał się powoli, jak żółw ociężale. Po cichu, bez sapania, bez zipania, technologie zrobiły swoje. Ale równie długi, jak te z dzieciństwa, równie ciężki… Przy tym i w pierwszym, i w drugim, i w ostatnim wagonie było TO SAMO.

Potrwa zanim przejedzie, a ja jak zwykle w pośpiechu. Wyprzedzę – jak pomyślałam tak zrobiłam, lewym pasem, przed samym przejazdem skręciłam w drogę w prawo. To zaledwie kilka kilometrów, będę z pewnością przed pociągiem. Byłam, ale przejazd był zamknięty. Do następnego – kilkanaście kilometrów – ten też zamknięty. Czyżby na całej trasie? Dalej – za kolejne kilkanaście kilometrów dojechałam do szosy, która przechodziła wiaduktem nad torami. Udało się – czy się udało?

Widmo pociągu straszy. Wojna na Ukrainie wybuchła dwa dni później. W jej pierwszych dniach pociągi osobowe miewały 40, 80 minut opóźnienia, niezależnie od kierunku. Czekały, skierowywane na bocznice, a konduktorka głośnym, wyraźnym, lekko łamiącym się głosem, informowała: Proszę Państwa, mamy kilkuminutowy postój bo przepuszczamy pociąg na Ukrainę (z Ukrainy).

Boję się – nie parowozu – widma wojny.

Izabella

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *