Były czasy, wcale nie tak dawno, kiedy podróże nie były czymś oczywistym. O zagranicznych nie było mowy – żelazna kurtyna. W kraju kurtyny nie było, ale… Samochody osobowe jak na lekarstwo, pociągi bez miejscówek, zapchane, na dalszych trasach co sprytniejsi pasażerowie układali się na półkach bagażowych podczas gdy inni spędzali wielogodzinną podróż po części stojąc, po części w kucki na korytarzach i w toaletach wagonu, niektórzy na buforach. Wtedy wystarczył najmniejszy bodziec – pocztówka od cioci, zdjęcie w tygodniku ilustrowanym lub krótkometrażowy film geograficzny w kinie – oraz wyobraźnia, żeby udać się w podróż wirtualną.
Podręcznik do geografii, jak to w czasach PRLu, wydrukowany był na papierze mizernej jakości – szorstkim, grubym ale lekkim, w kolorze kremowo-szarym, z dosyć częstymi drzazgami drewna, które wypadały ze strony pustosząc poszczególne słowa. Od czasu do czasu czarno-biała ilustracja: wykres, grafika, czasami fotografia – uproszczona kreska, jakby przepuszczona przez któryś z filtrów fotoshopa. Gdzieś w połowie książki, na stronie po prawej, uwagę moją przykuwało zdjęcie podpisane „Limba nad Morskim Okiem”.
Na zdjęciu surowy granitowy krajobraz, jakże różny od piaszczystych równin mojego Mazowsza. Strome zbocze rozciągające się od górnego prawego rogu do tafli Morskiego Oka w dolnym lewym, pośrodku samotna, asymetryczna, wysmagana wichrami limba. Wydawała mi się którymś tam z kolei cudem świata. I jak to z cudami świata bywa daleka, mimo odległości dziś powiem zaledwie, wtedy że aż trzystu kilkudziesięciu kilometrów, wręcz nieosiągalna. Więc przemierzałam krajobraz w wyobraźni. Szczegółów moich wypraw już nie pamiętam. Ale ileż to razy znudzona jakąś lekcją otwierałam po kryjomu pod ławką podręcznik do geografii, wymykałam się mentalnie z klasy po to, żeby przeżywać coraz to nowe wirtualne wędrówki po Tatrach. Nad Morskim Okiem. Gdzie stała samotna limba.
Zdarzały mi się wtedy też alternatywne podróże wirtualne, zazwyczaj jesienią, zimą lub wczesną wiosną, kiedy na klarownym, zimnym niebie widok chmur na horyzoncie, najczęściej o zachodzie słońca, przedstawiał mi się jako panorama gór sięgających nieba. Zapewne Himalajów. Bywało, że spomiędzy szczytów wynurzał się młody i piękny maharadża i wpatrywał we mnie, jak w obrazek. Miałam może dwanaście lat. Podróż kończyła się z nastaniem zmroku.
Dlaczego dziś nie ma już strzeżonych przez maharadżów Himalajów na niebie? Rozsądek, zmęczona wyobraźnia, czy może nie te chmury?
Izabella
Aleś się wstrzeliła ze zdjęciem limby! Musieliśmy używać tego samego podręcznika, bo ja to zdjęcie jakbym pamiętał. Zwłaszcza, że przypomniało mi to zdjęcie sonet(?) Przerwy-Tetmajera do tego stopnia, że przeszukałem sieć i znalazłem nie jeden a dwa wiersze P-T o limbie — i jeszcze jeden, Asnyka! Jeśli chodzi o podróże i ilustracje z podręczników, to przeżyłem był niemal szok wchodząc do meczetu/katedry La Mezquita w Kordobie i widząc biało-czerwone łuki spinające kolumny na dziedzińcu. Tak jakbym patrzał na okładkę mojego podręcznika do historii. Ciekawe jest sięgnąć do dawnych czasów i zobaczyć co się wyciągnie…
Z pewnością używaliśmy tego samego podręcznika, był tylko jeden na całą Polskę, a osoby o dwadzieścia lat młodsze też tę limbę pamiętają. Czyli podręczniki nie zmieniały się latami, co najwyżej były lekko „retuszowane, w zależności od wiatrów”. Czym to zdjęcie nas oczarowało? Ciebie skłoniło do odszukania wierszy – klimatów tamtych (młodych, bardzo młodych) lat. Masz rację, ciekawe to przeżycie sięgać w głąb siebie, a taka limba stała się świetnym kluczem.
Czy w Górach Skalistych też rosną limby? Pozdrawiam cię serdecznie
Izabella