Długa kolejka do kontroli paszportowej, niezbyt subordynowana, co cwańsi włączali tryb przyspieszony wyprzedzając innych podróżnych. Zauważywszy, dyżurujący pracownicy kontroli paszportowej cofali ich na koniec kolejki. Dalej kierunkowskazy prowadziły nas w stronę szerokiego na kilka metrów długiego korytarza. Naklejony na podłodze pas dzielił go na dwie części. Węższą, o szerokości zaledwie 1 metra, przeznaczoną dla nas, pasażerów. Szliśmy „gęsiego”. Po szerszym pasie biegał tam i z powrotem zespół K9 (nazwa używana na całym świecie) – przewodnik z owczarkiem niemieckim, psem pracującym w służbach celnych. Pies miał pianę na pysku, skakał, szarpał się w kierunku podróżnych, potykał na śliskiej podłodze, słowem szalał. Na szczęście jego przewodnik, zdawałoby się również z pianą na ustach, miał nad nim na tyle kontrolę, że pies nie przekraczał wyznaczonej taśmą granicy. Przewodnik też nie. Za to wykrzykiwał głośno, w sposób nie budzący zaufania „ pod ścianę, pod ścianę…” – to cały jego repertuar. Hasło, które mnie, nam, Europejczykom dwudziestego wieku musiało się źle kojarzyć. Z ulgą opuszczaliśmy ten niegościnny pasaż. New York, lotnisko JFK, zwykły dzień pracy na hali przylotów, wiek XX.
Zdarzyło się, że już w XXI wieku moja droga prowadziła przez granicę Polski z Rosją. Tym razem sytuacja odwrócona. Ja, podróżnik, miałam w samochodzie psa, dogue’a de Bordeaux, dużego, silnego obrońcę. Jechaliśmy do Królewca na wystawę. Marzec, w Warszawie już przedwiośnie. Tymczasem tu zaczął sypać wielkimi, gęstymi płatami śnieg. Niedługo potem zamajaczył przed nami koniec kolejki samochodowej. Kilka dni czekania, w zimowej aurze, na przekroczenie granicy. Ustawienie się na jej końcu nie miałoby sensu. Słyszałam jednak od znajomych, którzy jeździli z psami na wystawy do Rosji, że na rosyjskich granicach psy mają przywileje. Z duszą na ramieniu włączyłam tryb „naprzód”, nie, nie cała, powoli wyprzedzając kolejkę. Wreszcie posterunek – pogranicznik (tak się nazywa rosyjski WOPista) zasalutował, zobaczył psa w samochodzie i skierował mnie na szybką linię – po piętnastu minutach byłam po drugiej stronie.
N.B. Mój pies nie miał piany na pysku, nie rzucał się, nawet nie szczeknął. Ja też nie.
Izabella