Wprawdzie nie jestem zabobonna, ale jeśli na pierwszym spacerze w nowym roku 2018, napotkawszy pierwszą kępę koniczyny, za pierwszym spojrzeniem znalazłam czterolistną, to przecież o czymś świadczy? Ale tematu „szczęście” nie podejmę, zbyt duże ryzyko, że go nie potrafię opisać, wyrazić, że go zmarnuję.
A jednak szukałam tego szczęścia w koniczynie, chcę przez to powiedzieć, że nie przyszło ono samo. Choć czasem przychodzi.
Na ustnym egzaminie wstępnym na Wydział Łączności Politechniki Warszawskiej (nie pamiętam ilu, ale kilku kandydatów na jedno miejsce), dostałam zadanie wyprowadzenia wzoru na oporność wypadkową dwóch oporników połączonych równolegle. Wiedziałam, jak zacząć wywód i jaki powinien być wynik, natomiast nie potrafiłam wyprowadzić przekształcenia w pewnym miejscu. Właśnie kiedy doszłam do tego punktu do egzaminatora podszedł kolega i wszczął rozmowę. Poszłam na całego, napisałam formułę, wzięłam w ramki i czekałam. Po jakiejś chwili egzaminator, myślami daleki od mojego wywodu, sumitując się spojrzał „do góry nogami” na wzór, siedział naprzeciw mnie – zdałam na piątkę. Szczęście, czy szalbierstwo?
Szalbierstwo jest oszustwem stypizowanym w przepisie art. 121 kodeksu wykroczeń, którego cechą jest działanie sprawcy polegające na wykorzystaniu podstępnie wytworzonej sytuacji. Wprawdzie odnosi się do wyłudzenia świadczenia płatnego, ale ja przecież wycyganiłam: miejsce na wymarzonej uczelni, zawód, wiążące się z tym doświadczenie życiowe, pozycję społeczną… Jedno małe oszustwo, a tyle szczęścia!
O ile nie lubię Sylwestra, związanych z nim: patosu, ale i nerwowości, podsumowań końca roku, wszelkich remanentów, mitów o wspaniałej zabawie, wymuszonej wesołości, kłamliwych toastów, sztucznych ogni i petard doprowadzających do przerażenia psy, koty, ptaki… o tyle uwielbiam Nowy Rok. Z jego cichym porankiem, pustymi ulicami, podniosłym nastrojem wywołanym świadomością, że nowe, świeże, nieznane, niezapisane przed nami. Tradycyjnie w Nowy Rok celebruję spotkania obiadowe z rodziną i przyjaciółmi, w domu lub w restauracji. Liczy się pyszne menu, dobre wino, świetna rozmowa, naturalna, swobodna, niezakłamana atmosfera. Tym razem w restauracji Patataj w Nałęczowie. Dosiego (wyraz kłopotliwy, ale życzenia szczere) Roku!
Co tak naprawdę myślicie o Sylwestrze? Albo o Nowym Roku?
Izabella

Dawno już zauważyłam, że Sylwester to rodzaj przymusu, koniecznie trzeba gdzieś pójść, bo inaczej źle to o nas świadczy. Bo a nuż pomyślą inni, że coś z nami nie tak, bo nikt nas nie zaprosił. Nie mam z tym problemu. Zdarzyło mi się kilka razy spędzić ten dzień w domu z własnej nieprzymuszonej woli, chciałam poczuć jak to jest być samą w „taki” dzień. I było wspaniale. Nie znaczy, że chcę tak zawsze spędzać Sylwestra, ale przekonałam się, że i tak może być i to z największą przyjemnością.
Trafnie ujęła to Pani, Pani Jolu, noc Sylwestrowa zawiera się między dwoma biegunami: przymus i przyjemność i w zasadzie nie ma stanów pośrednich.
Izabella
O!O!O! Ujęłaś Izabello esencjonalnie to z czym się zmagam co roku – upiorny Sylwester z drżącymi „braćmi mniejszymi” i hałaśliwie manifestacyjnymi petardami, patosem i szampanem a potem wyciszony – obiecujący pierwszy dzień Nowego Roku. Składanie sobie życzeń – jest sympatyczne, ale może raczej w kameralnych warunkach – jeśli całe Tesco obsypuje nas życzeniami to ten nadmiar jest żenująco interesowny.
A Nowy Rok w Nałęczowie – to marzenie! Przerwa w zapędzeniu i przypomnienie
„nie my czasu
czas ma nas
bawi się z nami
przez pewien czas” (Józef Baran)
Dobrze to ujęłaś Małgosiu, życzenia kameralne są sympatyczne, ale „całe Tesco życzeń” to chyba za dużo szczęścia.
Izabella
Zabieram głos nie ws. Sylwestra czy Nowego Roku, ale nt. przesądu, zabobonności, pecha, niefartu i przy okazji ciuchów.
Ile to razy zostawiłem w Sopocie mnóstwo niefartownych rzeczy, jak np. w jednym roku aż siedem niefartownych koszul, kilka par kąpielówek itd. itp., a to wszystko z powodu, że były niefartowne. Co którąś założyłem, to w żadną grę nie mogłem wygrać, ani w brydża, ani w kierki, ani w kariokę, ani w pokera. Po prostu, były niefartowne. Aż założyłem koszulę z kieszeniami (niemiecką) w piękną subtelną kratę. Nie było na mnie siły, prałem ją jeszcze na plaży (w wynajętej kabinie), aby wyschła na słońcu i służyła mi podczas sesji nocnej. A wszystko jedno co zrobiłem przy stole i wszystko jedno w jaką grę – nie miałem prawa przegrać. Nawet grając na najmniejszą szansę w myśl rachunku prawdopodobieństwa – oczywiście przez pomyłkę – karta leżała właśnie na to 0,5 %!!!.
A jak tu nie być przesądnym. A kibic kobieta przy stole – to już zupełne nieszczęście. Natomiast grałem również (co prawda rzadko) z kobietami, bądź u nich w domu. Rezultat był opłakany. Dziewięćdziesięcioletnia Pani generałowa (prowadząca ochronkę) w imieniu podopiecznych puściła wszystkich zaproszonych gości z torbami, wygrywając dla swoich podopiecznych w pokera – miała przez wieczór jednego pokera, kilka karet i kolorów. Ja miałem wtedy niestety jedną z niefartownych koszul…
Mieciu, nie ubolewaj nad niefartowną koszulą, przecież przegrałeś z Panią generałową na zbożny cel.
Niedyskretne pytanie, czy w tych kieszeniach fartownej koszuli kryły się dodatkowe Asy?
Izabella