Saga cz. 2 SAMOCHÓD

To część druga fantazji na cztery pokolenia i 100 lat, zob. Saga 1. W odróżnieniu od roweru, bohatera cz. 1., który gdzieś w latach dwudziestych XX wieku dał ludziom możliwość łatwego przemieszczania się bez zbędnych emocji, samochód był i pozostał symbolem statusu i budzi emocje, ambicje, sentymenty, frustracje.

Samochód, marzenie mojego ojca, gdzieś w latach pięćdziesiątych zaczął pojawiać się na ulicach naszej mieściny. Właścicielami prywatnych samochodów byli lekarze i prywatna inicjatywa, dziś zwana biznesem. Lekarze wiadomo, zarobili swoją odpowiedzialną pracą. Z prywatną inicjatywą, w Radomiu byli to przede wszystkim sklepikarze, rzecz miała się inaczej. Oni zawsze „wygrywali” samochody na loteriach PKO – taka była oficjalna wersja. Należało mieć książeczkę oszczędnościową na 100.000 złotych, żeby móc wziąć udział w losowaniu. I brali, i szczęście im sprzyjało. A mojemu ojcu, którego roczna pensja nie osiągała tej kwoty, pozostawało jedynie marzenie o własnych czterech kółkach. Pełne uwielbienia, ekscytacji, tęsknoty.

Jednak na wszelki wypadek zrobił prawo jazdy. Co więcej, dopilnował, żeby trójka jego dzieci w chwili osiągnięcia pełnoletności też zrobiła prawo jazdy. Po czym spoczął na laurach i czekał, aż któreś z nas stać będzie na ten pojazd.

Jedenaście lat po uzyskaniu prawa jazdy kupiłam mój pierwszy samochód, zdezelowanego VW garbusa. Był mi potrzebny do sprawnego przemieszczania się między domem, przedszkolem i pracą, traktowałam go instrumentalnie, przedmiotowo, posiłkowo, nigdy ambicjonalnie. Ale, wzorem ojca, zainwestowałam w prawo jazdy mojej córki zaraz po zrobieniu przez nią matury. Pierwszy raz w życiu usiadła za kierownicą mojego samochodu na placu ćwiczeń. Ja obok, a na tylnym siedzeniu dumni dziadkowie – moi rodzice. Z pełnym zaufaniem.

Mijały lata, zostałam babcią dwóch wnuków, samochód pozostawał dla mnie ciągle instrumentem do przemieszczania się, bez emocji, bez ambicji, bez niezdrowego podniecania się, aż do momentu….

Aż do momentu, kiedy ujrzałam siedmioletniego wnuka mojej gospodyni, u której zaopatrywałam się w nabiał i warzywa, prowadzącego po polu traktor z przyczepą, na którą jego ojciec wrzucał belki słomy. Niby sielska scenka, lecz ja zagotowałam się. Odezwała się ambicja, żeby moi wnukowie też nauczyli się prowadzić samochód. Mieli 7 i 11 lat. Starszy był ostrożniejszy, młodszy brawurowy, choć nie był w stanie obsłużyć naraz pedałów, kierownicy i skrzyni biegów. Okoliczne drogi polne były nasze. Mieliśmy świetną zabawę. Mój ojciec niestety nie dożył już tego momentu, z pewnością byłby dumny z prawnuków.

A jakie są wasze samochodowe emocje?

Izabella

4 thoughts on “ Saga cz. 2 SAMOCHÓD

  1. Hej Izabello,
    Epoka motoryzacyjna zaczęła się w moim życiu wraz z małżeństwem. Wcześniej nie interesowałam się zupełnie motoryzacją i nawet nie odróżniałam marek samochodów. Pierwszym naszym samochodem, a właściwie samochodzikiem był Mikrus. Świetnie nadawał się zarówno do miasta, jak na wypady weekendowe i wakacyjne – miał siedzenia tworzące po rozłożeniu bardzo wygodną kanapę. Po kilku latach Mikrusa sprzedaliśmy, ponieważ wygrałam Syrenę na książeczkę samochodową (były takie w latach 70-tych zakładane za 9 tys. zł). Naprawdę ją wygrałam – mam na to świadków (sic!). W połowie lat 70-tych Syrenka została sprzedana, a ja wyjechałam na roczny staż naukowy do Francji. Z Francji wróciliśmy zakupionym tam na francuskie wakacje Fiatem 125p. Kolejnymi samochodami były 2 Polonezy i na tym skończył się czas popierania przez nas polskiego przemysłu motoryzacyjnego, który zresztą już wtedy był chyba na wykończeniu. Przesiedliśmy się na marki niemieckie (2 razy) i ten drugi samochód pewnie zamknie 50 letnią epokę motoryzacyjną, w której samochód był dla mnie przede wszystkim wygodnym środkiem przemieszczania się.
    Pozdrawiam serdecznie
    Iwona

    • Jesteś więc świadkiem Iwono, że istniały loterie samochodów osobowych. Gratuluję tamtej wygranej.
      Dziękuję za komentarz, pozdrawiam,
      Izabella

  2. Izabello.
    Droga do prawa jazdy jest często drogą do samodzielności. Dobrze , że Twoje wnuki zaszczepiłaś do tejże!
    Ja zaczynałam od brawurowych poślizgów ciągnikiem Ursus C- 330 ćwiczonych na placu manewrowym, potem jako kierowca ciągnika i dwóch przyczep z ziarnem odbieranym od kombajnu, potem jako operator 6-rzedowego kombajnu do zbioru buraków – jakże więc mogę być dobrym kierowcą samochodowy jak siedziałam 2 metry nad ziemią?
    Z wrodzonej skłonności do ryzyka skończyłam na własnym rowerze – którego ujeżdżam do tej pory/
    W 2004 roku jak zmarł Jacek Kuroń , jego przyjaciele (Michał Boni, Jan Lityński, Joanna Staręga piasek, Irena Wóycicka) opublikowali w Życiu Warszawy klepsydrę : tej treści:
    „Zmarł Jacek Kuroń – żył bez kłamstw, nienawiści…i bez prawa jazdy” .
    I pięknie to brzmi, prawda?

    • Ależ, ależ Małgosiu, ty zaczynałaś od razu z górnej półki. Wspomnienie Jacka Kuronia piękne, dziękuję.
      Izabella

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *