Leszek Możdżer zimą

Zima przyszła w połowie listopada, między jednym spojrzeniem w okno, a drugim. Popisała się minimalizmem: parę płatków śniegu zredukowało kolory do bieli, szarości i czerni, zniwelowało w znacznej mierze rzeźbę terenu, wyciszyło dźwięki. Świat zaprezentował się bezpretensjonalnie, przyjaźnie. To z tego powodu jest mi bliska.

W odróżnieniu od pozostałych pór roku zima jest sekwencją modułów czasowych, zapewniającą harmonię i powtarzalność niezależną od pogody. Adwent, który dziś jest okresem nie tyle duchowego, co komercyjnego przygotowania się do świąt, Święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok, karnawał, Wielki Post. Nadchodzące po nim ruchome Święta Wielkanocne chyba nie przypadają kalendarzowo zimą, ale bywają białe nawet na nizinach, bo górale europejscy, od Norwegii przez Tatry po Dolomity wiedzą, że w Święta Wielkanocne spadnie świeży śnieg – i to się sprawdza. W naszej szerokości geograficznej.

To zimą obchodzimy hucznie imieniny, to zimą uczęszczamy pilnie do teatrów i na koncerty… Tegoroczny sezon kulturalny rozpoczęłam koncertem Leszka Możdżera w duecie z Włoszką Glorią Campaner w Filharmonii Lubelskiej. Po raz pierwszy słyszałam Możdżera „na żywo”, na program składały się jazzowe wariacje na tematy znanych utworów klasycznych. Mam pewne zastrzeżenia do takich przeróbek, choć może nie mam racji. Wariacje na temat pisali wielcy, więksi i najwięksi, że przypomnę chociażby Beethovena z jego wspaniałym cyklem 33 wariacji na temat Walca C-dur Antonia Diabellego, czy wybitne wariacje Chopina na temat z Don Giovanniego Mozarta. W przypadku Leszka Możdżera jednak chodzi o wyjście poza gatunek – przeniesienie tematów muzyki klasycznej do jazzu, i z tym mam osobisty problem.

Koncert był ciekawy, ale… Po pierwsze, wykonany trochę jakby perfekcyjno-mechanicznie. Po drugie Leszek Możdżer jest niewątpliwie dużo lepszym pianistą niż konferansjerem. Publiczność wprawdzie nagradzała jego dowcipy śmiechem, ja wolałabym ciszę. Po trzecie gorącokrwista Włoszka oprócz wirtuozerii wniosła na scenę element zmysłowości, a Leszek Możdżer nie pozostał jej dłużny. Nie lubię łączenia różnych sztuk, choć nie jestem zorientowana, może to było życie? Natomiast bardzo mi się spodobał finał, w którym pianistom towarzyszyła dwuosobowa grupa perkusyjna. Jakich instrumentów nie używali – oprócz tak oczywistych jak kotły, talerze czy gong co najmniej kilkadziesiąt innych grzechotek, kołatek, gwizdków skutecznie uzupełniających brzmienie fortepianów.

A tymczasem zima bawi się z nami w „ciuciu-babkę” – a to sypnie śniegiem, a to wymaluje mrozem szyby, a to schowa się, zostawiając nas na pastwę słoty. Jak to w naszej szerokości geograficznej.

Izabella

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *