Saga cz.1 ROWER

Podoba mi się nazwa rower, z angielskiego, gdzie oznacza wędrowiec ale i włóczęga, doskonale oddaje ducha roweru. W innych językach, nawet w angielskim, nazwa wywodzi się od koła, to prozaiczne. Pierwszy rower powstał we Francji gdzieś między 1765 a 1790 rokiem, po licznych metamorfozach rozwinął się do dzisiejszej formy w 1888 roku (patent), na dwadzieścia lat przed urodzeniem się mojego ojca.

Produkcja rowerów w Polsce została podjęta w pierwszych latach XX wieku; w Radomiu, rodzinnym mieście ojca, w 1929 roku przez Fabrykę Broni „Łucznik”. Rower dał młodzieży zarówno swobodę, jak i wygodę – w małych miastach nie było środków transportu publicznego. Ojciec kochał włóczęgę (przeszło na następne pokolenia), rower stał się jego kompanem. Jedna z jego sióstr pracowała w latach trzydziestych w Chełmie. Odwiedzał ją, bagatela 160 km w jedną stronę. Wyruszał z Radomia o 4 rano i już przed południem był u celu, średnia około 25km/godz. Kąpiel w rzece i całe popołudnie gra w siatkówkę – to były rozrywki pokolenia, które nigdy nie zaznało gier komputerowych, z telewizorem spotkało się gdzieś po pięćdziesiątce, wcześniej, bo już przed wojną z radiem w powijakach – kryształek i słuchawki. Nie przeciążona pamięć pozwalała ojcu do końca życia wspominać przygody rowerowe. Jak zawiodły hamulce w momencie, kiedy pod Lublinem jechał z górki szosą, na której właśnie oddział wojska dostał komendę spocznij i zaczął się rozprzestrzeniać. Udało się. Do końca życia pytał, czy jest jeszcze ta górka. Dziwne pytanie, myślałam za każdym razem, cóż mogłoby stać się z formacją skalną? Dziś górki nie ma. Zniwelowana w ramach budowy drogi szybkiego ruchu dostępnej wyłącznie dla samochodów.

Wyzwanie rowerowe podjęło następne pokolenie, przepraszam, męska część, moi bracia. Według mamy sport jako taki nie przystawał panience z dobrego domu,cokolwiek to znaczyło. W wieku 10 lat nauczyłam się jeździć na rowerze kuzynów, pierwszy własny dostałam dopiero w wieku 35 lat, zresztą od rodziców.

Moim chyba największym sukcesem w tej dziedzinie było przekazanie pasji córce. Dla zachęty pozwoliłam ośmiolatce jeździć rowerem do szkoły. Odległość – może niecałe 500 metrów, ulice mało ruchliwe, ale zawsze. Przez kilka lat szkoły podstawowej zapraszaliśmy dzieciarnię na rowerowe party urodzinowe. Jechaliśmy do pobliskiego lasu, tam gry, zawody,kiełbaski z rusztu – słowem zabawa na świeżym powietrzu. W McDonaldach jeszcze nie było oferty dla dzieci, polecam jednak rodzicom, zamiast kotłowania się w różnych salach wyposażonych w plastikowe rozrywki oraz roztocza, organizowanie rowerowych party.

Podczas studiów córka jeździła rowerem na uczelnię, wybrała się też z grupą młodych na tygodniową wycieczkę po Toskanii. Na wielokilometrowych zjazdach z gór rozwijali szybkość do kilkudziesięciu kilometrów na godzinę – ciarki mnie przechodzą, post factum. Za to dziadek był dumny z wnuczki, godnej spadkobierczyni jego pasji.

Przekazała ją dalej swoim synom. Z chłopcami objeżdżaliśmy okoliczne lasy. Starszy wnuk był najszybszy, ale młodszy miał sposób. Kiedy starszy wysforował się już na pozycję nie do doścignięcia młodszy ogłaszał, że skręcamy w lewo, w prawo… słowem zmieniał trasę i w ten sposób stawał się chwilowym liderem. Dopóki starszy nas nie dogonił.

Opowieści mojego ojca, samodzielność córki, wycieczki z wnukami – w podsumowaniu to fantazja na rower, 4 pokolenia i 100 lat.

Izabella

6 thoughts on “ Saga cz.1 ROWER

  1. Chociaż rozmowy rowerowe były w marcu, ale z racji, że jeżdżę już 63 lata i to na tym samym rowerze to nie jest spóźnienie a powiedziałabym, że to kontynuacja.
    Wspominam, jeszcze wycieczki rowerowe w koszyku na ramie roweru Ojca lub Mamy i swoje okrzyki „Mam zi cacy” , bo wiatr szumiał tak przyjaźnie w uszach. Rower wspaniale spina wspomnienia!

    • Na ramie roweru któregoś z rodziców, tak, chyba wszyscy to pamiętamy. Ale że jeździsz od 63 lat na tym samym rowerze!!! Co za uszanowanie roweru.
      Dziękuję,
      Izabella

  2. Jeśli chodzi o rowery, to też są one moją pasją. Gdy byłem w podstawówce, marzyłem o rowerze. Zacząłem więc zbierać pieniądze – po kilka złotych do skarbonki, aż po 4 latach uzbierałem 400 zł i kupiłem ten wymarzony rower. Kilka lat później objechałem na nim Polskę. Nie zapomnę jednego dnia: w wakacje, trzynastego i w piątek. Wyruszyłem tego dnia z kolonii letniej moich braci koło Inowrocławia i ruszyłem do Kutna, do dziadka. Okazało się, że w nocy ktoś mi ukradł hamulec w rowerze (13, piątek!). Zapomniałem o tym przed dziurą w drodze i skończyło się fikołkiem przez kierownicę i wizytą u lekarza. Potem było zderzenie czołowe z jakąś wiejską kobietą, wywrotka i zgubienie dzwonka, którego szukałem w przydrożnej trawie ponad pół godziny. Przyczyną wywrotki był upór mój i tej kobiety. Oboje jechaliśmy tą samą ścieżką po poboczu piaszczystego odcinka drogi – ja prawidłowo, prawą stroną, one pod prąd. Ona miała grube opony – balonówki, a je miałem rower wyścigowy z cienkimi oponami. Nie zjechała, choć na balonówkach przejechałaby przez każdy piasek. W efekcie wylądowała w rowie, głową w dół, a nogami do góry. Warto było się zderzyć dla samego widoku jej majtasów aż do kolan, w czerwono – czarne biedroneczki. Coś pięknego! Trochę dalej „złapałem gumę”. Do Kutna dotarłem późno, po 22.00. Okazało się, że zapomniałem zabrać kartkę z adresem dziadka. Pamiętałem tylko nazwę ulicy i to, że mieszkał w piętrowej willi z czerwonej cegły. Praktycznie prawie tylko takie wille były na tej uliczce i ciemność panowała niemal we wszystkich oknach. Tylko w jednym się świeciło. Zapukałem w to okno, żeby zapytać, czy przypadkiem nie znają dziadka. Firanka została odsunięta, a w oknie …ukazał się mój dziadek! Miałem więc mieszane uczucia; WIERZYĆ CZY NIE WIERZYĆ W MAGIĘ PIĄTKU I TRZYNASTEGO?
    Przechodząc do sprawy sagi, to też coś takiego zacząłem pisać, lecz jest ona jeszcze in statu nascendi, czyli po ustaleniu koncepcji, zebraniu wielu materiałów oraz po napisaniu wstępu i kilku pierwszych rozdziałów. Nie będzie to jednak typowa literacka saga, przeznaczona dla szerszego grona czytelników, lecz raczej kronika rodzinna rozpoczynająca się od pokoleń moich rodziców, ich rodziców, dziadków, pradziadków i tak dalej, jak tylko daleko uda mi się dokopać w historii tych rodów. Ta część książki będzie miała charakter otwarty, możliwy do uzupełniania jej przez wszystkich, którzy ją otrzymają, a dysponują lub będą dysponowali jakimiś materiałami uzupełniającymi. Powinni oni jednak przekazywać te uzupełnienia wszystkim dotychczasowym posiadaczom tej książki. Druga część książki będzie dotyczyła współczesnego pokolenia: mojej rodziny i rodzin moich braci, a także naszych krewnych, z pokazaniem teraźniejszych i przeszłych powiązań rodzinnych. Trzecią część tej rodowej kroniki będą dopiero tworzyli ci, którzy ją teraz otrzymają. Będą to robić w odniesieniu do rodów swoich bliskich, a kolejne części powinny być dziełem ich następnych pokoleń. Tu zostawiam wszystkim dużą swobodę twórczą pod warunkiem, że zachowają to, od czego ja zacząłem, bo to przecież dla nich będzie ich najstarsza historia rodzinna. Staram się pisać te książkę w miarę lekkim i przystępnym stylem, z pokazaniem tła konkretnych, kolejnych epok, z ubarwianiem – w miarę możliwości – jakimiś ciekawymi wydarzeniami dotyczącymi nas i naszych przodków. Zachęcam wszystkich do zainteresowania się własną historią rodzinną, bo wielu z nas nawet nie wie, kim byli ich pradziadkowie. Jakże prawdziwe jest powiedzenie, że człowiek żyje tak długo, jak żyje pamięć o nim!

    Janek

    • Przygoda w piątek trzynastego pyszna, mimo wszystko nie wierz, że to dzień feralny. Ot zbieg okoliczności.
      Sagę zakroiłeś na wielką skalę, ale warto się utrudzić, jak sam piszesz pamięć jest ważna. Życzę wytrwałości i powodzenia, dziękuję za podzielenie się z nami tymi doświadczeniami,
      Izabella

  3. Wiosna puka już do drzwi, a wiec opowieść rowerowa jest jak najbardziej na czasie.
    Wspomnienia z dawnych lat są zawsze interesujące, bo jednocześnie przybliżają życie wspominającego i epokę, w której działy się opisywane wydarzenia.
    Ja już mam problem z czytaniem powieści, natomiast bardzo chętnie sięgam po pamiętniki. Może dlatego, że w nich można znaleźć więcej prawdy o ludziach i ich czasach, niż w beletrystyce.
    Pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejne opowiadania.
    Iwona

    • Zgadzam się Iwono, ja też wolę sięgnąć po pamiętniki. Z jednym wyjątkiem, jeszcze niedawno chętnie sięgnęłam po powieści Rodziewiczównej, może dlatego, że zawarty w nich wątek obyczajowy jest ciekawszy od fabuły. Dziękuję i pozdrawiam,
      Izabella

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *