
Dwa i pół tysiąca lat to długo, czy krótko? Bo mniej więcej tyle upłynęło od powstania pierwszego teatru greckiego w Atenach. Odpowiem sobie sama – adekwatny odcinek czasu dla moich celów. Dla porównania sztuki widowiskowej tamtych lat i naszych.
Grecy zidentyfikowali potrzeby widowiska, zaproponowali miejsce z jego poszczególnymi elementami: sceną, kulisami, miejscem dla chóru, amfiteatralną widownią w kształcie większego bądź mniejszego wycinka koła, ewentualnie elipsy. Późniejsze zmiany były bardziej jakościowe, niż konceptualne. Teatr w Atenach w V wieku p.n.e. był zdolny pomieścić do 30 000 widzów.
Dekoracje, stroje i maski, chór i taniec były elementami teatru greckiego. Jednakże główna rola przypadała słowu – deklamacji czyli sztuce mówienie. Tragedia grecka w swym rozwoju przybrała postać dostojną, w formie rytmicznego, wierszowanego dialogu. Akcja ukazywała konflikt bohatera z fatum, prowadzący do zguby bohatera.
Dwudziestopięcio-wiekowym skokiem przenoszę się do Tauron Areny w Krakowie, mogącej pomieścić do 20 400 widzów, gdzie w marcu br. wystawiano widowisko „Toruk, pierwszy lot”. Scenariusz inspirowany filmem Avatar dostosowany do umiejętności zespołu „Cirque du soleil”. Cyrku współczesnego, wyrosłego z połączenia sztuki cyrkowej i ulicznej, bez występów zwierząt, koncentrującego się na artystach, przede wszystkim akrobatach. Spektakl wykazywał silne inklinacje teatralne. „Toruk, pierwszy lot” to wizualna odyseja przez nowy, nieznany nam świat, pełen imaginacji i nieskończonych możliwości. W przenośnym i dosłownym znaczeniu.
Były stroje i maski, zamiast chóru muzyka instrumentalna, czasami śpiew, nie zapadły mi w ucho. Dekoracje i słowo jakby zamieniły się rolami. Poza narratorem, który pięknie deklamował po angielsku swoje stosunkowo krótkie teksty (tłumaczenie na telebimach pozostawiało do życzenia: zbyt długie frazy, zbyt krótko wyświetlane, zbyt małymi literami) inni aktorzy, o ile w ogóle wydawali głos, posługiwali się sztucznym językiem, niezrozumiałym ani dla widza, ani dla nich samych. O deklamacji nie mogło więc być mowy. Podsumowując – słowem widowisko posługiwało się bardzo oszczędnie.
Natomiast dekoracje były imponujące. Wchodzących na widownię witało granatowe, gwieździste niebo, rozpościerające się na eliptycznej scenie. Rzucane z projektorów trójwymiarowe imaże, ilustracje, malowanki, fantastycznie kolorowe, fantazyjnie zaaranżowane, zamieniały scenę w grę światła. I gdzieś w tym świetle przewijali się akrobaci, nierzadko przeoczeni przez widza wśród efektów wizualnych.
Moja sąsiadka na pytanie dotyczące tekstu odpowiedziała, że nie śledzi, bo nie o tekst tu chodzi. Chodzi przecież o ten cudowny świat. Który znikł jak bańka mydlana po zakończeniu przedstawienia. Wyłączono projektory – naszym oczom ukazała się szara scena z porozrzucanymi zwojami lin i innymi akcesoriami, w sposób brutalny ale wymowny pokazująca, że to wszystko co przez dwie godziny przeżywaliśmy było li tylko mirażem.
Słowo i obraz, od zarania rywalizujące ze sobą, współcześnie szala przechyla się mocno w stronę obrazu. Czy było to przeżycie intelektualne? Zadaję to pytanie w odniesieniu do widowiska cyrkowego bo odniosłam wrażenie, że miało takie ambicje.
Czy współczesne widowiska zapewniają nam przeżycia intelektualne?
Izabella






Po spektaklu
Wg mnie słowo jest najważniejsze. Tak było za czasów biblijnych i chciałabym, żeby tak zostało. Jeżeli obraz, tak, jak w przedstawieniu, o którym piszesz dominuje, a przy okazji unieważnia słowo, to znaczy, że skłania on nas do wzmacniania emocji, a nie intelektu. Podobnie działa obecnie panująca na świecie cywilizacja obrazkowa. Może to jest celowy zabieg tych, którzy mają w ręku narzędzia do sterowania światem, bo człowiek posługujący się głównie emocjami jest łatwym celem manipulacji.
Z przedstawień teatralnych nie posługujących się słowem, najbardziej do mnie przemawia pantomima. Pantomima potrafi w oszczędny, wręcz ascetyczny sposób przekazać najważniejsze problemy egzystencjalne, a jej wersja rozrywkowa rozbawić, co też jest nam potrzebne. Myślę, że ten krakowski spektakl nie poruszyłby mnie, chociaż z pewnością doceniłabym umiejętności i kreatywność zespołu „Cirque du soleil”….
Pozdrawiam serdecznie
Iwona
Zwróciłaś uwagę na pantomimę, która mi w tym kontekście umknęła. To mowa ciała, czy możemy powiedzieć, że zastępuje słowa?
Dziękuję, pozdrawiam,
Izabella
Sądzę, że dobra „dramatyczna” pantomima” może zastąpić słowa, bo oddziałuje zarówno na emocje, jak i na intelekt. A jej siła polega na tym, że w minimalistyczny sposób dotyka uniwersalnych problemów naszego życia…
Pozdrawiam
Iwona
Minimalistyczny uniwersalizm – to co cenię.
Izabella
Jeszcze jedna dygresja – odwrotnością niejako pantomimy są słuchowiska radiowe – teatr wyobraźni. Przekaz wyłącznie słowny, mimo to „wyświetla się” obraz w naszej wyobraźni, podczas gdy do pantomimy „dopisujemy” w myślach treść. Każdemu własna wersja.
Izabella
No to wypada wspomnieć jeszcze o tradycyjnych książkach (bez nadmiernych ilustracji) opisujących losy ludzkie na tle przyrody, wojen itp.- nie operują ani głosem, ani obrazem, a jakie dają pole do wyobraźni.
I jeszcze przy okazji – bardzo podobają mi się świetnie skomponowane i pasujące do tekstu obrazki, którymi od pewnego czasu ilustrujesz swoje artykuły.
Pozdrawiam
Iwona
Tak, to klasyczne słowo.
Niezmiernie ucieszyłaś mnie uwagą o obrazkach.
Izabella
Ła , Izabello – oglądało się to z wypiekami na twarzy, absorbowało wszystkie zmysły. Nawet bym powiedziała, że liczba bodźców była tak duża, że intelekt wariował. I skala widowiska tak ogromna, ze jak sama powiedziałaś, subtelne akrobacje aktorów były w dysproporcji ze scenografią – przecinki wobec kosmosu.
A muzyka – oj mocna!!!
Dziękuję Małgosiu za żywiołowy komentarz,
Izabella