Cesarz czy wizjoner

Jestem karykaturą samego siebie i lubię to!

Mocne stwierdzenie. Jego pierwszą część zdarzało mi się słyszeć, ale żeby to lubić? Trzeba znać swoją wartość, wiedzieć czego się chce, ale też być krytycznym w stosunku do siebie. A jeśli dodamy takie cechy jak zdrowie fizyczne i psychiczne, pracowitość, dystans do wszelkich używek oraz nieposkromioną ciekawość świata, to zaczyna się rysować wizerunek cesarza – nie tego z krwi i kości, ale tego obwołanego.

Powiedział też o sobie: Zawsze wiedziałem, że jestem stworzony do bycia legendą; co mu się udało. Częścią legendy był jego wizerunek, bynajmniej nie przypadkowy, pielęgnowany przez kilkadziesiąt lat: koński ogon, okulary przeciwsłoneczne, koszula z kołnierzykiem wysokim na 10 centymetrów i mitenki – Karl Lagerfeld, jeden z największych świata mody. Urodzony w 1933 roku, choć tak naprawdę nie wiadomo, bo podawał też rok 1935 i 1938, sukcesy i stanowiska osiągał już w latach pięćdziesiątych, ale przełom w jego karierze nastąpił w połowie lat siedemdziesiątych.

Myślę, że oprócz talentu i wrodzonych cech na sukces złożył się jeszcze łut szczęścia. W 1957 roku zmarł ówczesny król mody Christian Dior – to ten, który po latach wojny przywrócił damskiej modzie luksus i kobiecość. W 1971 roku zmarła Coco Chanel – to ta, która uświadomiła światu, że proste, wygodne acz szykowne kreacje mogą być symbolem kobiecej niezależności. I wreszcie Yves Saint Laurent – to ten, który w latach sześćdziesiątych zauważył awans społeczny kobiet pracujących i zaproponował im ubrania inspirowane męskimi, podkreślające zarówno siłę charakteru jak i urody; w latach siedemdziesiątych zaczął mieć problemy natury osobistej. Szeregi dyktatorów mody znacząco się przerzedziły.

Karl Lagerfeld nie zahaczył o Diora; w 1983 roku objął dom mody Chanel, który pod jego prymatem stał się jednym z najbardziej dochodowych producentów dóbr luksusowych. A Yves Saint Laurent? Łączyła Panów głęboka nienawiść. Poczuł swój swego, kiedy na prestiżowym konkursie International Wool Secretariat w 1954 roku w kategorii płaszczy wygrał Karl Lagerfeld, podczas gdy w kategorii sukni koktajlowych zwyciężył Yves Saint Laurent. Temu ostatniemu dodałabym wyróżnienie za błyskotliwość. Jego maksyma: Najpiękniejszym ubiorem kobiety są ramiona mężczyzny, którego kocha. Te, których los nie obdarzył tym szczęściem, mają mnie.

O Karlu Lagerfeldzie usłyszałam po raz pierwszy gdzieś w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Jak przystało na wytrawnego stratega, zaprzyjaźnił się z młodą i piękną Caroliną z Monaco, która stała się jego muzą, otwierającą mu wrota do high society. W tym czasie interesowała mnie dużo bardziej Carolina niż Karl, w niemieckich pismach kolorowych wrzało na ich temat. Przyjaciółmi pozostali do końca, muzę z czasem zastąpiły kolejne generacje.

Moje osobiste doświadczenia ze sztuką Karla Lagerfelda? Miał salon na rue du Faubourg Saint-Honoré w Paryżu. Któregoś razu zachwyciła mnie sukienka na wystawie w cenie 2000 franków, powyżej granicy moich możliwości, ale… odważyłam się wejść. Kiedy przyszło do płacenia okazało się, że te trzy to nie zera tylko dziewiątki, tak sprytnie wykaligrafowane, że przynajmniej ja nie zauważyłam ogonków. Nie udało się. Innym razem wszedłszy z córką do salonu usłyszałam język polski. Sądząc po ubiorze i zachowaniu panie nie przyjechały z PRLu, okołowojenna emigracja. Kiedy córka odezwała się po polsku panie rzuciły w naszym kierunku tak dezaprobujące spojrzenie, że uciekłam. Później miałam jakieś stroje Lagerfelda, z linii prêt-à-porter czyli dolnej półki; ładne.

Cesarz mody czy biznesmen, wiem, zmieszacie mnie z błotem, dla mnie wielki Karl był większym (genialnym) biznesmenem niż projektantem. Ale ciągle nie wiem, dlaczego uważał siebie za własną karykaturę?

Izabella

4 thoughts on “ Cesarz czy wizjoner

  1. Hej Izo,
    Przywołałaś w moich myślach Paryż przy pomocy Karla Lagerfelda i rue du Faubourg Saint-Honoré. Podczas mojego rocznego pobytu w firmie pod Paryżem, bywałam w Paryżu bardzo często, ale tylko raz zwiedziłam ulicę du FSH. Uznałam że jest nie dla mnie i nigdy nie miałam ochoty na drugi raz. Natomiast jeżeli chodzi o Karla L to ponieważ nie znam się na haute couture, nie potrafię ocenić, a zwłaszcza docenić jego wytworów krawieckich. Natomiast sądzę, że on słusznie uważał siebie za własną karykaturę, ponieważ wykreował tą ekstrawagancką sztuczną postać, z którą najwyraźniej się nie identyfikował, tylko dla wzmocnienia siły marki swojej firmy, a więc tylko dla sławy i kasy.
    Nie mógłby być moim idolem.
    A zanim zdążyłam skomentować Twój wpis, Paryż przypomniał się sam, niestety tragicznie. pożarem, który zniszczył moją ukochaną Katedrę Notre Dame. Jakoś nie mogę się z tym, co się stało pogodzić, a ten pożar tak naprawdę nie miał prawa się zdarzyć….
    Przy okazji życzę Ci radosnych rodzinnych Świąt Wielkiej Nocy i pozdrawiam serdecznie
    Iwona

    • Dzięki Iwono, twój wpis wyjaśnił mi, dlaczego Karl Lagerfeld był zadowolony ze swojej karykatury – sława i kasa.
      A pożar rzeczywiście nie miał prawa się zdarzyć.
      Pozdrawiam świątecznie,
      Izabella

  2. Twoje zaskoczenie niewidocznymi ogonkami dziewiątek – być może – dorównuje mojemu z lat 90. ub. w. (tuż po denominacji) i to w centrum Warszawy w sklepie przy ul. Marszałkowskiej, niedaleko Nowogrodzkiej. Wszedłem do niego z żoną, gdyż spodobał mi się bardzo płaszcz wiszący na wystawie. Był bardzo elegancki, koloru czarnego, z piękną od wewnątrz kratą z kolorami czerwonym, żółtym i zielonym, ale nie krzyczącą, wprost subtelną. Już widziałem w nim siebie (nie chwaląc się, jeszcze miałem wtedy sylwetkę!) z lekko podniesionym kołnierzem, gdy spojrzałem na cenę – było to 9999,99zł (zarabiałem wtedy ok. 6500) Żona była gotowa ją przełknąć i nawet gorąco namawiała mnie, abym choć przymierzył, gdyż również była nim zachwycona. Po wejściu do sklepu i uważnym przyjrzeniu się dopiero dostrzegłem jeszcze jedną dziewiątkę, oczywiście przed przecinkiem. Nie dowierzaliśmy, czy to nie pomyłka, ale ekspedient ją potwierdził. jak niepyszni szybko opuściliśmy sklep, a w duchu pomyślałem, że „nie o take Polske walczyłem”. I oczywiście, powtórzyłem za innym klasykiem, „Balcerowicz musi odejść”. Serdeczności, Mietek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *