Mieć adres cz. 1

Isaac Bashevis Singer uważał, że pisarz powinien mieć swój adres i takim adresem dla niego była Krochmalna 12 w Warszawie; nastroje, koloryty z tą czasoprzestrzenią wczesnej młodości związane. I choć nigdy już nie przyjechał do powojennej Warszawy do końca życia uważał się za warszawiaka z ulicy Krochmalnej 12.

Czy tylko pisarz ma prawo czuć się związanym z jakimś miejscem, wyrastać z niego? A inni? Ale który spomiędzy wielu moich adresów w kraju i zagranicą miałby być tym wyróżnikiem? Czy ten ostatni, nałęczowski, pod którym mieszkam z kotem i psem pod jednym dachem? Nigdy nie miałam ani możliwości, ani prawdę mówiąc ochoty na zwierzęta domowe, dopiero Nałęczów otworzył mnie na przyjemności płynące z obcowania na codzień z czworonogami. Tu również nauczyłam się ustalania priorytetów, mimo to nie zostałam businesswoman.

Czy może holenderski? Holandia, kraj uporządkowany, zadbany, zamożny, oferujący świadczenia socjalne, o jakich się nie śniło socjalistom. Wyróżnikiem Holendrów jest pragmatyzm, taki do bólu, któremu podporządkowane są wszelkie działania. Mimo to nie stałam się pragmatyczką.

A może francuski? Francja, piękna Francja, gdzie luksus wyziera z każdego zakątka. Francuzów cechuje powściągliwość, nie wymuszają działań ni zachowań ale w błędzie byłby ten, kto zrównałby tę rezerwę z brakiem zdania bądź problemem z podejmowaniem decyzji. Tu otarłam się o przyjemności, ba nawet zbytek, pozbyłam się wcześniej nabytych kompleksów. Mimo to nie stałam się sybarytką.

Przed Francją były Niemcy, kraj stateczny, dobrze zorganizowany, wszelkie działania na skalę wyobrażeń Niemców o posłannictwie swojego narodu. Umiejętność podporządkowania się jest główną cechą tej nacji, egzekwowaną od każdego, który stanął na ich ziemi, akceptowanie zwierzchności, akuratność to inne główne przymioty. Mimo to wymknęłam się z tego szablonu.

A może Warszawa, gdzie studiowałam. Za tamtych czasów miasto elitarne, snobistyczne. Załamała moją młodzieńczą pewność siebie, to tu wyłoniły się kompleksy. Ale też tu zdobyłam solidne wykształcenie, które później pozwoliło mi się odbudować. Mimo to nie stałam się snobką.

I wreszcie Radom, w którym się urodziłam i wychowałam. W kręgu wielopokoleniowej rodziny, fundamenty pochodzą z domu rodzinnego, szlifów nabierałam w przedszkolu, szkole, ale też wśród przyjaciół domu, ba nawet na ulicy. Jak to w niedużym mieście, dorośli nie przechodzili obojętni na wybryki młodzieży, swawola wracała bumerangiem. Nie zaznałam tu ani zamożności ani luksusów, ani pragmatyzmu ani drylu, nie wyrosłam ani w poczuciu wyższości ani niższości, ot, dziewoja jak przystało na małomiasteczkową dziewczynę. Co mi pozwoliło skończyć studia, zbudować solidną egzystencję i nie ulegać pochopnym wpływom.

A adres? Ten radomski, ul. Zielona 12.To adres mojej Babci, z ogrodem, kwiatami, do dziś pamiętam zapach białych róż; krzewami agrestu, nigdy potem już nie był taki smaczny, drzewami owocowymi. Tu był kot, pies i kurki, które Babcia uwielbiała. Jeśli byłam grzeczna mogłam u Babci przenocować, opowiadała mi wtedy bajki braci Grimm. To ten adres, kopalnia wspomnień, może na miarę Krochmalnej 12.

Czym kierujesz się w wyborze adresu, z którym się identyfikujesz?

Izabella

W ogrodzie Babci

8 thoughts on “ Mieć adres cz. 1

  1. Izabello,
    ależ esencjonalny i analityczny komentarz do Twoich adresów!!!! A przy tym jaka wnikliwa analiza narodowościowa (i trafna !!). Inżynierska precyzyjna analiza (minimum słów – maksimum muzyki).
    Ja – mniemam, że czy to pisarz, czy inżynier , czy Janek – każdy z nas kieruje się sentymentem w wyborze najważniejszego adresu! A z kolei najważniejszy adres jest nierozwiązalnie złączony z ludźmi, którzy te sentymenty wywołują. I ot, koło się zamyka. Gdzie byśmy nie podróżowali – wrócimy w to najważniejsze miejsce – jeżeli nawet nie w czasie rzeczywistym – to przecież dom nosi się w duszy.

    • Witam Małgosiu, okazuje się, że słowo adres zawiera w sobie wiele aspektów, a TEN dom nosi się w duszy.
      Dziękuję i pozdrawiam,
      Izabella

  2. Nie podzielam, Izo, Twojej tezy wyrażonej wprawdzie w formie zapytania, czy tylko pisarze mają prawo do identyfikowania się z jakimś swoim adresem. Moim zdaniem każdy człowiek ma prawo do takiej identyfikacji, choć nie każdy przywiązuje do tego jakieś szczególne znaczenie. Osobiście – szczerze mówiąc – nigdy się nad tym nie zastanawiałem w odniesieniu do mojego przypadku, ale Twój tekst spowodował u mnie refleksję nad tą sprawą. Jestem więc wdzięczny Ci za wywołanie tej refleksji. Analizując kolejne miejsca mojego zamieszkania w Polsce doszedłem do wniosku, że każde miało jakąś swoją specyfikę, która wbiła się w moją pamięć, Były to zarówno miłe jak i przykre wspomnienia. Okres wczesnego dzieciństwa spędziłem w Łodzi. Miło wspominam z tego okresu różne dziecięce swawole, ale także utkwił mi w pamięci ponury reżim stalinowski, gdy UB aresztowało mojego ojca (prawnika) jako wroga tamtego ustroju. Co z tego, że po śmierci Stalina zwolniono mego tatę z więzienia, a po 1956 roku został rehabilitowany i otrzymał odszkodowanie, ale jednak stracił zdrowie, a mnie prosił, abym wybierając studia zapomniał o prawie, które mnie pociągało, bo żaden uczciwy prawnik nie mógł (jego zdaniem) zrobić kariery w zniewolonym wówczas kraju, jeśli się nie zaprzedał reżimowi. Wszystkie moje wakacje spędzałem u mojego stryja na wiejskiej plebanii pod Kielcami wśród łąk, pól i lasów, gdzie był proboszczem – i ten okres wspominam chyba z największym rozrzewnieniem. Natomiast okres studencki nadaje się wręcz do napisania ciekawej książki. To był szczególny i niezapomniany okres w moim życiu. W czasie dojrzałości i stabilizacji życiowej uwielbiam wręcz ostatnie ponad 30 lat życia na wsi, w lesie pod Magdalenką gdzie wybudowaliśmy nasz wielki dom z wielkim ogrodem i wielką ciszą, Choć moja pasją są podróże (zwiedziłem już około 100 krajów na wszystkich kontynentach), w których widziałem wiele pięknych miejsc na świecie, to jednak jedynym miejscem mojego stałego zamieszkania może być wyłącznie Polska. Zrozumiałem to już pod koniec studiów, gdy odbywałem praktykę dyplomową w Szwecji. Po zakończeniu tej praktyki Szwedzi zaproponowali mi dalszą pracę u nich na bardzo korzystnych warunkach. Jednak po 3 miesiącach tęsknota za Polską była tak wielka, że zdecydowałem się wrócić do kraju, pomimo jeszcze bardziej korzystnej oferty od Szwedów. Nie mogli oni zrozumieć, dlaczego odrzuciłem tak fantastyczne warunki. Tak więc każdy, nie tylko pisarz, ma prawo do swojego ulubionego miejsca zamieszkania. Wszak przysłowie mówi, że wszędzie jest dobrze, ale najlepiej w domu!
    Łączę pozdrowienia – Janek

    • Ciekawe są te twoje adresowe refleksje, wspomnienia, choć nie zawsze zabawne, ba nawet tragiczne. Wyczytałam, że komfort, w stopniu w jakim go potrzebujecie i cisza dają ci siłę do następnych działań, podróży, ale ważny jest powrót pod swój adres. Mała dygresja, ten twój powrót ze Szwecji pozostał do dziś w mojej pamięci – przywiozłeś Jożce żółty sweter z golfem w pętelki, jakże go jej zazdrościłam. Do dziś dnia szukam takiego i nie znalazłam.
      Serdecznie dziękuję ci za ciekawy komentarz,
      Izabella

      • Hej Izo,
        Z Francją mam tak, jak Ty. Piękny kraj – wspaniała przyroda i zabytki. Skala wszystkiego, no i oczywiście poziomu życia nieporównywalna z tym, co jest w Polsce i było w PRL w latach 70 tych. Byłam wtedy na rocznym stażu naukowym w bogatej firmie, mieszczącej się w w Palaiseau, w dawnej rezydencji magnackiej z ogromnym pałacem i parkiem, położonej na plateau nad doliną Oise. Jednak wróciłam do Polski i też nie stałam się sybarytką. I jeżeli tęskniłam, to nie za Paryżem lub innymi wspaniałymi miastami Francji, tylko za za ludźmi i za tym przepięknym zakątkiem, gdzie przez większość stażu mieszkałam. Potem byłam tam służbowo po 2 latach i fascynacja wróciła. Kolejny raz odwiedziłam firmę w latach 90- tych. Ludzi, których znałam już nie było, drzewa wycięto, staw z kaczkami zlikwidowano, a skromne pawilony, w których pracowaliśmy, zamieniono w klimatyzowane budynki ze szkła i metalu. Czar prysł. Wtedy zamknęłam ostatecznie etap francuski życia. Tęsknota już nigdy nie wróciła. Skupiłam się na tym, co w Polsce i w Warszawie.
        A teraz ?. Czas jest podzielony na Warszawę i „posiadłość” nadbużańską, gdzie mam całoroczny drewniany dom… i nie szukam już innych miejsc w życiu.
        Pozdrawiam serdecznie
        Iwona

        • Masz rację Iwono, pod niektóre adresy nie powinno się wracać. Isaac Bashevis Singer nie wrócił na Krochmalną, niemniej żył tym adresem.
          Pozdrawiam.
          Izabella

          • Francja, Niemcy, itp. to były tylko epizody w naszym życiu, które mogły przerodzić się w stałe adresy, ale w wyniku naszych decyzji, tak się nie stało. Dlatego nie są obarczone traumą bezpowrotnej, niezawinionej utraty, tak, jak inne miejsca. Takim miejscem utraconym, którym jednak żyje nadal mnóstwo ludzi jest Lwów – magiczne miasto wolnych, pięknych ludzi, w którym w zgodzie i przyjaźni żyło wiele nacji, zanim nastąpiła wojenna apokalipsa odbierająca to miasto na zawsze tym, którzy je kochali i często nie potrafili o nim zapomnieć i odnaleźć się gdzie indziej.
            Pozdrawiam raz jeszcze.
            Iwona

          • I choć już niewielu „tamtych” Lwowiaków jest wśród nas, to potrafili oni przekazać swój podziw dla tego miasta i przywiązanie kolejnym pokoleniom.
            Izabella

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *