
Tego dnia nie poszłam do przedszkola, co było ewenementem. Mama uroczyście oznajmiła, dziś odwiedzimy jedną panią. Musiałam być pod wrażeniem, bowiem zapamiętałam to wydarzenie, a przecież miałam zaledwie cztery latka. Było krótko po wojnie i biednie, więc Mama dorabiała. Pracowita, pomysłowa, imała się różnych prac. Znajoma sprzed wojny, kryterium znajomych, na których można było polegać, pani Biechońska, żona malarza, który na co dzień pracował jako urzędnik w banku, poszukiwała ubranka do chrztu dla swojego chrześniaka. Mama podjęła się uszycia za cenę obrazu – dzieło za dzieło. Tego dnia miała się odbyć transakcja barterowa. Mama musiała czuć wagę chwili skoro postanowiła wziąć mnie ze sobą, myślę, dla kurażu. Bądź co bądź miało to być pierwsze w jej mieszkaniu dzieło sztuki.
Malarz był w pracy, jego żona przedstawiła nam trzy obrazy do wyboru, wszystkie o tematyce tatrzańskiej. Nie podobał mi się żaden, myślę, że surowość Tatr, kolorystyka obrazów, nieznajomość przedmiotu – nie znałam wtedy jeszcze gór – zrobiły na dziecku przykre wrażenie. Wolałabym któryś z pejzaży o bliskiej mi tematyce: pole, las, kwiatki. Nie byłam więc pomocna Mamie w wyborze. Wybrała szałas na tle groźnych gór i wzburzonego nieba czyli halę Gąsienicową w odcieniach zielono – szarych. Dziś myślę, że choć nie znała się na malarstwie wykazała dużą intuicję.
Nie wiem, czy Mama zdawała sobie sprawę z aspektów wychowawczych tego wydarzenia: że są sprawy ważniejsze niż przedszkole, że sztuka ma wartość, jak również że sztuką jest dokonanie wyboru. Z wiekiem dorastałam do tej lekcji życia „na żywo”.
Malarza Stanisława Biechońskiego można odnaleźć w internecie, niestety informacje są bardzo skąpe. Urodzony 20 lutego 1902 roku gdzieś na Kresach przed wojną związany był ze środowiskiem twórczym Lwowa. Zmarł 23.12.1975 roku w Kędzierzynie-Koźle. W 1959 roku miał autorską wystawę obrazów tatrzańskich „Tatry” zorganizowaną przez Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu. W ostatnich latach pojawiło się kilka jego obrazów na aukcjach, jednak nie były to pejzaże tatrzańskie.
Czy pamiętasz twoją pierwszą lekcję życia?
Izabella
Izabello, sprowokowałaś to myślenie o lekcjach życia! Było tyle tych lekcji!! I budujące , i bolesne i radosne. Ale może wybiorę lekcję, krótką ale „wolnościową” – którą mi udzieliła Mama i która to lekcja wyzwoliła mnie od uzależniania się od tzw. opinii publicznej. Moje pierwsze zderzenie z plotką (nieżyczliwą) zakończone pełną oburzenia skargą do Mamy. I zimna krew Mamy i lakoniczna porada – „nie walcz z plotką, ignoruj, ty sama wiesz, co jest prawdą – ale bądź czujna i nie daj się zniewolić zdaniem nieżyczliwych”.
Kochane Mamy, zawsze miały mądre rady.
Izabella
Hej Izabelo,
Moje pierwsze lekcje życia odebrałam jeszcze w Jeleniej Górze, w wieku poniżej 5 lat (lata powojenne).
1. Bawiłyśmy się z siostrą na podwórku z małym szczeniaczkiem kundelkiem, którego tego dnia dostałyśmy od znajomych rodziców. Na podwórku pojawili się starsi od nas chłopcy, którzy po chwili wspólnej zabawy przekonali nas, że piesek jest brudny, że ma pchły i że oni go zabiorą na chwilę, wykąpią i przyniosą z powrotem. Nigdy nie wrócili… Potem przez długi czas zastanawiałyśmy się, co stało się z tym pieskiem. Czy przez naiwną wiarę w słowa, w obietnice, nie naraziłyśmy pieska na krzywdę (lekcja dotycząca problemu zaufania).
2. Mama chorowała w J.G. ciężko na serce i przygotowywała nas cały czas do swojej rychłej śmierci. Lekcja kruchości życia, dotycząca potencjalnej śmierci Matki była dla nas kilkulatek, bardzo trudna i bolesna. Na szczęście skończyła się pozytywnie. Wróciliśmy do Warszawy (Jelenia Góra ma klimat zabójczy dla sercowców), gdzie Mama stanęła na nogi i w dobrym zdrowiu dożyła do 82 lat.
W podsumowaniu dodam, że obie lekcje nie spowodowały w moim życiu znaczących strat- ani nie straciłam zaufania do ludzi, ani też zaufania do życia, do losu. A może dzięki tym lekcjom stałam się trochę mądrzejsza i zrozumiałam wcześniej to, na co inni potrzebowali więcej czasu…
Pozdrawiam serdecznie
Iwona
Czyli generalnie twoją pierwszą lekcją była kruchość życia (egzystencji). Poważny temat dla tak młodej osoby.
Dziękuję ci za interesujący komentarz, pozdrawiam,
Izabella