Wakacje

Garbatka-Letnisko wcina się w skraj Puszczy Kozienickiej. Leży po drugiej stronie torów kolejowych w stosunku do wsi. To właśnie dzięki wybudowanej na przełomie wieków XIX i XX linii kolejowej Dęblin – Zagłębie Dąbrowskie stała się miejscowością letniskową, uczęszczaną w latach międzywojennych przez radomian, lublinian i warszawiaków. Drewniane domy w stylu szwajcarskim, z werandami i balkonami na wszystkie cztery strony świata, na zalesionych działkach, dawały gościnę mieszczuchom. Strumyk i staw oraz kolejka wąskotorowa dopełniały listę atrakcji.

Na wakacje do Garbatki jeździliśmy od 1949 do 1955 roku. Zatrzymywaliśmy się u państwa Golczyńskich, których działka leżała naprzeciw Jagodzińskich. Jako mała dziewczynka zaglądałam do wózka Andrzejowi Jagodzińskiemu, niczego nie przeczuwając. Zawsze było dużo dzieciarni wokół, zawsze tworzyliśmy paczkę. Ulubioną zabawą było odkrywanie świata – strumyk raz stawał się Amazonką, innym razem Nilem, staw otrzymywał rangę oceanu. W upalne dni całymi godzinami pluskaliśmy się w wodzie, chyba, że mama zgarniała nas do zbierania jagód bądź szyszek – na ogniu z szyszek i chrustu gotowała na kuchence obiad. Nie były to moje ulubione zajęcia, nie lubiłam też chodzenia z mamą na targ, do wsi, na drugą stronę torów, ale musieliśmy przecież pomóc jej przytargać zakupy. Poza chlebem – ciepły jeszcze chleb każdego ranka, a jagodzianki popołudniu roznosiła kobieta, w koszach, które targała na plecach i w rękach, zapiewając przy tym dźwięcznym głosem: pieczywo, pieczywo, proszę wychodzić po świeże pieczywo.

W roku 1948 ówczesny proboszcz parafii Garbatka-Letnisko ksiądz Józef Kuropieska, szkolny kolega mojego wuja, rozpoczął budowę kościoła.Czasy nie sprzyjały ani kościołowi, ani budowie. Ksiądz Kuropieska, pamiętam go jako jowialnego, będącego zawsze w dobrym humorze mężczyznę, wysoki, postawny, oczywiście z proboszczowskim brzuchem, dał radę (tacy ludzie przydaliby się i dziś) dzięki wyjątkowemu kontaktowi z okoliczną ludnością. UB szalało, organizowało prowokacje polegające między innymi na podrzucaniu księżom dolarów do puszek na jałmużnę. Mieć dolary było mocno podejrzane, a zbywać je przestępstwem. Przed każdą prowokacją bezpieki proboszcz otrzymywał anonimowe ostrzeżenie, a to w postaci karteczki na tacy, lub na ołtarzu, a to telefonicznie. Wiem to od wuja, który jako adwokat był jego doradcą.

Wrócę jeszcze do linii kolejowej, która po wojnie rozbudowana została do magistrali wschód czyli Związek Radziecki – zachód czyli Legnica, w której stacjonowały wojska radzieckie, a może i dalej. Często nocą budziły mnie ciężkie transporty, ciągnięte przez dwie lokomotywy parowe, dyszące, dmuchające, buchające, jednak nie rozpędzały się, jak ta tuwimowska. Nie banany i nie fortepiany transportowały, lecz armaty i im podobne. Bałam się, to były czasy zimnej wojny, może dlatego nie toleruję horrorów.

Nigdy potem nie miałam tak beztroskich, tak malowniczych, tak pełnych wrażeń wakacji. Mimo dziecięcego wieku złożyły się one na moje doświadczenie życiowe, poczucie wolności, hierarchię wartości. Do dziś cenię sobie wakacje w kraju. I nie zamieniłabym tej rodzimej formuły na żadne all inclusive na drugim końcu świata, gdzie, po kilkunastogodzinnym locie w klasie turystycznej-minus głównymi atrakcjami jest leżenie na plaży i picie alkoholu przez 24 godziny na dobę.

A jaka jest twoja ulubiona formuła wakacji?

Izabella

4 thoughts on “ Wakacje

  1. Izabello!
    i ja w Garbatce spędzałam wakacje!!! Też koło 55, 56 roku. Może juz wtedy razem się bawiłyśmy? I to były spokojne cudowne leśne dni. Pamiętam tylko las i psa gospodyni. I to ciepłe uczucie wolności!!
    I teraz jej szukam! A może by pojechać na letnisko do Garbatki?
    Lecz „nic dwa razy się nie zdarza , a to właśnie z tej przyczyny – rodziliśmy się bez wprawy i pomrzemy bez rutyny”
    Dzięki Bogu nie pamiętam transportów armat ani UB
    Ale świat jest mały!!!

    • To bardzo prawdopodobne, że się razem bawiłyśmy, bo jak wiadomo, tylko góra z górą się nie schodzą.
      Dziękuję Małgosiu,
      Izabella

  2. Również, jak Ty Izo, mam piękne wspomnienia z lat najmłodszych, kiedy w drugiej połowie lat 40 wyjeżdżałem z rodzicami na letnisko do Józefowa (na linii otwockiej) leżącego nad rzeką Świder. Byłem tam przez całe wakacje trwające dla mnie od maja do sierpnia – a ponieważ rodzice pracowali, to przez 3 miesiące byłem pod opieką chrzestnej, siostry mamy, która również wynajmowała tam dużą część domu wraz z wujkiem i starszymi ode mnie dwoma braćmi ciotecznymi, a trzecim w drodze. Towarzyszyła także gosposia. W praktyce chodziliśmy samopas. Kąpaliśmy się w zagłębieniu w nurcie pod mostem kolejowym, oglądaliśmy tańce na „dechach” przy rzece, budowaliśmy tamy przez całą szerokość Świdra, łowiąc ryby i łapiąc raki. Budowaliśmy szałasy, chodziliśmy na grzyby (uwielbiam je zbierać i marynować samemu do dziś), graliśmy z wujkiem w palanta, państwa. A przede wszystkim graliśmy w karty: świnkę, durnia piątkowego i zwykłego, w oczko, tysiąca dobieranego i licytowanego. Z jednym z braci (późniejszym lekarzem weterynarii) łapaliśmy na łące kozy i doiliśmy je prosto do buzi – wspaniałe mleko (dziś mleka niemal nie dotykam. Czasem pogonił nas spory kawałek przez las gospodarz, u którego – niestety – kradliśmy jabłka zwisające przez płot. Na niedzielnych mszach świętych staliśmy na powietrzu przed kościołem. A wyprawy do sklepu dość daleko po drugiej stronie torów – brat brał mnie na ramę – po kolorową oranżadę z hermetycznym zamknięciem i orzeszki („kamyczki”) w lukrze Fantastyczna wolność!
    A później po 50 r., kiedy tatę zamknęło „tylko” na kilka miesięcy UB, skończyła się beztroska. Ojciec nie mógł znaleźć pracy przez długie lata i wyjechał z Warszawy, aby zająć się przez kilka lat zbytkami wydobytymi ze słynnej z synodu w 1180 r. Kolegiaty Tumskiej pod Łęczycą (został kustoszem), a zajęcie to dostał dzięki koledze z liceum, proboszczowi tej parafii, który uratował kolegiatę przed przerobieniem jej na muzeum, wypijając morze wódki z ubekami łęczyckimi. Za uratowanie kolegiaty proboszcz został szambelanem papieskim (a był także moim chrzestnym).
    Późniejsze lata były bardzo trudne dla mamy, kiedy musiała zrezygnować z prowadzenia księgowości w firmach prywatnych i przejść na państwową posadę. Ale i tak kolejnych ponad 10 lat wyjeżdżałem z mamą nad morze, w tym kolejnych 8 do Gdańska Stogów, gdzie również chodziłem samopas i od 5 rano zbierałem bursztyny. Z młodości pozostały hobby; grzybobranie, zbieranie bursztynów, granie w karty (ale już poważniejsze gry) i wędkowanie.
    Forma wakacji, w czasie których mogę oddawać się swoim zamiłowaniom z dzieciństwa , pozostała mi bliska do dziś. Przez ok. 40 lat spędzałem lwią część urlopu w Sopocie, grając w brydża na plaży i czasem w Kongresie Bałtyckim, drugą część nad jez. Jeziorak ok. 12 km od Iławy, lub ostatnie 20 lat nad jez. Sudomie (k/ Kościerzyny) na Kaszubach, gdzie jest mnóstwo grzybów, ryb mniej, a rokrocznie we wrześniu odbywa się Kongres Brydżowy Ziemi Kościerskiej z udziałem graczy nawet z poza Europy. Czym skorupka za młodu… Z serdecznościami, Mietek

    • Fantastyczne wspomnienia, Mieciu. Gratuluję chrzestnego, nie poszedłeś jednak w jego ślady. A ja tak, mój chrzestny był inżynierem elektrykiem.
      Dziękuję i pozdrawiam,
      Izabella

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *