Talerz

Lubię takie chwile. Przychodzą niespodzianie, wywołane zapachem, smakiem, słowem, przedmiotem, podmuchem wiatru, szumem strumyka. Przychodzą w każdym wieku, choć jakiś tam bagaż przeżyć trzeba mieć na karku. Mówię o momentach, w których uświadamiamy sobie nasze korzenie.

W moim odczuciu korzenie to wypadkowa genów, wykształcenia, doświadczenia, przykładów, przeżyć. Wypadkowa, na którą składają się wpływy rodziców, przedszkola, szkoły, ale i dalszej rodziny, kręgu znajomych, przyjaciół. Również ci, których nie lubimy, nie tolerujemy, nie poważamy przyczyniają się do naszych korzeni.

W późniejszych latach szkolnych większą część wakacji spędzałam w domu, w mieście – od nudów wybawiała mnie wtedy biblioteka siostry mojego ojca zaopatrzona we wszystkie chyba książki Rodziewiczówny. Pochłaniałam je, najważniejszym dla nastolatki był mocno obecny wątek miłosny. Po Rodziewiczównę chętnie sięgam i dziś. Sam fakt trzymania w ręku jej książki przenosi mnie do świata, kiedy byłam nastolatką. Czytając, przebiegam oczami mniej czy bardziej zawiłe sprawy sercowe bohaterów wczytując się w pierwiastek społeczno-obyczajowy: szacunek dla ojczyzny, miłość do ziemi, tradycję. Po tamtych wakacjach pozostała mi świadomość, że bibliotekę powinno się mieć.

A talerz? Należał do wyprawy ślubnej pani Zofii, jednej z tych osób, których my, dzieci nie lubiliśmy. Pani Zofia, przedwojenna znajoma naszej mamy, Rosjanka, moskwiczanka z pochodzenia, była wdową po polskim kolejarzu. Drugiego dnia wojny jedyna bomba, jaka spadła na Radom, zresztą niezamierzenie, zgubił ją któryś z samolotów szwadronu bombowców lecących na Warszawę, zburzyła dom pani Zofii grzebiąc pod gruzami jej męża. Pani Zofia pozostała bez środków do życia. Panie spotkały się po wojnie i od tego czasu pani Zofia była u nas dosyć częstym gościem. Za przysłowiową łyżkę strawy a to coś uprasowała, a to pocerowała skarpetki ojca, czasem została z chorym dzieckiem. Panie się zaprzyjaźniły i tylko my, dzieci, żywiliśmy do niej niechęć. A przecież to ona przekazała mi jeszcze w wieku przedszkolnym wiedzę o uwielbianym Napoleonie Bonaparte. I wpoiła parę zasad dla „błagorodnych” panien. Dopiero jako dorosła osoba zrozumiałam i doceniłam, jaką była wielką pomocą dla naszej mamy.

Pod koniec życia pani Zofia rozdawała swój dobytek. Mojej mamie między innymi sprezentowała półmisek na mięso od serwisu na 24 osoby. Przypadł mnie w spadku, używam go raz, dwa razy w roku na faworki. Przy tej okazji zawsze wspominam panią Zofie, z dużą czułością i wdzięcznością.

Czy zetknęliście się w dzieciństwie z osobami, które doceniliście dopiero jako dorośli?

Izabella

2 thoughts on “ Talerz

  1. Całe mnóstwo osób, które nabrały znaczenia troszkę póżniej!! Pani Rozalia, cały klan rodzinny wydobyty z niebytu i jeszcze wiele osobowości spotkanych na skraju własnej historii. Jak to ładnie Izabello, że o Nich przypomniałaś!! To wzmacnia, przekonuje , że nawet początkowo nierozpoznane Osoby stają się WAŻNE. I jakże jest pocieszające, że nawet talerz może przywołać ważność Pani Zofii.
    A czytam teraz „Wspomnienia z Północnego Kazachstanu” Adama Wołka i wyczytałam, że krasnoarmiejcy w 39 pozwolili zostać Marii Rodziewiczównej w rodzinnej wsi Hruszowa na Polesiu – bo znali Jej powieści , ale po ich odejściu chłopi kazali się Jej wynosić.

    • Dziękuję Małgosiu. A ten ciekawy fakt z życia Marii Rodziewiczównej ukazuje nam siłę literatury (pod warunkiem, że się ma do czynienia z ludźmi czytającymi).
      Izabella

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *