
Miałam pięć lat. Nie powiem, czy była to pierwsza, czy kolejna niedziela maja, z pewnością pogodna i ciepła. Wybraliśmy się trzypokoleniową rodziną na coroczną ceremonię mieszczuchów – majówkę. Babcia z dziadkiem mieszkali na przedmieściu Radomia i to stamtąd był wyjazd – wozem konnym dziadka, ale na gumowych kołach, który to detal wynosił wóz ponad furę. Dziesięć osób dorosłych, w braku siedzisk większość z nich siedziała na deskach zarzuconych na burty wozu, i trójka dzieci dla których umoszczono miejsca ze słomy na podłodze. Celem był las kosowski, sosnowy, z rzeczką i stawem, oddalony o około dziesięciu kilometrów.
Na jeszcze wolnej polance rozkładało się koce i wałówkę. Bardzo szybko ktoś rzucał hasło ”no to na zdrowie”, majówki były zakrapiane, zakrapiali panowie, podczas gdy panie zaledwie moczyły usta w kieliszku nie większym od naparstka. Dorośli cieszyli się swoim towarzystwem, wreszcie było komu opowiadać przygody ostatnich miesięcy, wujek adwokat wrzucał ciekawe kąski z wokandy, warszawska ciocia popisywała się znajomością kawałów, tych słonych, całość urozmaicana była śpiewami. Tylko dzieci się nudziły. Dorośli wysyłali nas, pod obstawą mojego starszego brata a to nad staw, zobaczyć czy kajaki już pływają, a to do lasu, wysłuchać gdzie kukułka kuka… Na majówce zawsze kukała kukułka, do dziś kojarzy mi się z lasem kosowskim.
O zachodzie słońca zbieraliśmy się do powrotu, panie ze zdrowymi rumieńcami majowego słońca na twarzy, panowie z mniej zdrowymi wymalowanymi wódeczką. Na wozie panowała wesoła atmosfera, znów śpiewy, i nagle… Zaczęła nas wyprzedzać dorożka, również wypełniona pasażerami po brzegi. Dziadek to zauważył, krew w nim zawrzała, podciął konia. Dorożkarz też i tak łeb w łeb (koński) zaczęły się wyścigi na szosie kieleckiej, dziś S7, jednej z najważniejszych dróg ekspresowych w Polsce, na szczęście wtedy dosyć pustej. Woźnicy strzelali z biczy, konie galopowały, no może szły kłusem, pojazdy chybotały, groziło zahaczenie się kołami. Panie zarówno na wozie, jak i w dorożce popiskiwały próbując przemówić woźnicom do rozsądku, panowie dopingowali. Dziadek nie dał się wyprzedzić.
I gdyby nie to wydarzenie, majówki kojarzyłyby mi się z nudami. A jakie są wasze wspomnienia?
Izabella
Izabello,
takie konne wyścigi majowe – dla dzieci to niezpomniane wrażenia (jak je pięknie opisałaś po latach!). Moja majówka też wiaże sie z emocjami „konnymi” – jedziemy nad Kurówkę (pod Puławami) Harley’em Dawidsonem, pojemność silnika 750cm sześciennych i moc 23, 5 kM (z 1943 roku) – no po prostu cud! Wiatr gwiżdże w uszach i radość majowa rozpiera !!!
Są konie i konie – wszystkie piękne!
Dziękuję Małgosiu, pozdrawiam,
Izabella
Moja „majowka”, ktora dzis wspominam ze smiechem, nie byla taka radosna. Otoz w przepiekny majowy dzien, kiedy bylam w klasie X LO, zachcialo sie kilku licealistom ( 5 dziewczyn, 5 chlopcow, bez zadnych powiazan sentymentalnych!) zmienic kierunek porannej wedrowki do szkoly, w strone….lasu! Chcielismy pospiewac przy gitarze, powachac majowe zapachy, bez zadnego prowiantu plynno-stalego! Ot, po prostu MAJ! Niestety, w malym miescie, gdzie „sycylijskie wdowy” sie nudza i siedza w oknach w poszukiwaniu atrakcji, natychmiast KTOS zawiadomil liceum ze „uczniowie ida w strone lasu z gitarami” i zrobila sie afera wieku!! Dyrektor wyslal profesorow na motorach do naszych domow, zeby stwierdzic przestepstwo! Nastepnego dnia odbyl sie apel na podworku szkoly, wszystkie klasy ustawione w czworoboku, cale „grono profesorskie”, MY – 10-ciu wylapanych przestepcow en face, zupelnie jak na chinskim lub stalinowskim procesie! Wywalili nas ze szkoly na 3 miesiace, po ktorych mielismy zdawac egzaminy z kazdego przedmiotu. Najgorsza byla sytuacja naszych kolegow, bo byli tuz przed matura!!! Na szczescie wszyscy nalezelismy do grupy dobrych uczniow i z wyjatkiem jednej dziewczyny – zdalismy egzaminy pozytywnie….. Po latach, spotkalam na cmentarzu jedna z moich profesorek, ktora w tamtych czasach glosowala za wykluczeniem nas z grona uczniow. Obsypywala mnie komplementami i twierdzila, ze „wszyscy sa ze mnie dumni” ??!!!! No coz, juz bylam wtedy inzynierem, pracujacym w korporacji i jezdzacym po swiecie……
Czyli mają prawo być z ciebie dumni! A o majówce pewnie nie pamiętała, czy zahaczyłaś o ten temat?
A swoją drogą zazdroszczę ci takiej majówki.
Izabella
Hej Izabello, Nie ma to, jak wspomnienia dzieciństwa… , a podsumowaniem Twojej opowieści może być następująca refleksja – panowie nie podlegają ewolucji. Obecnie rywalizacja przeniosła się na drogi szybkiego ruchu i panowie, jak na amerykańskich filmach, wyprzedzają się super „brykami” z szybkościami mandatowymi. Wygląda to często, jak samochodowy slalom gigant, a co najgorsze grozi śmiercią lub kalectwem, nie tylko rywalizującym o pozycję alfa panom, ale również niewinnym pasażerom, którzy dodatkowo muszą wysłuchiwać w trakcje rajdu niecenzuralnych „wiązanek”….
Pozdrawiam
Iwona
Zastanawiam się Iwono, czy mój dziadek był kiedykolwiek w kinie, bo TV w Polsce wtedy jeszcze nie było. Chyba nie. Czyli nie były to wzorce amerykańskie, ale nasze słowiańskie. A może rywalizacja to element pierwiastka męskiego?
Dziękuję za ciekawy komentarz,
Izabella
Bardzo ładna historyjka, Izabello! Od razu przypomniał mi się opis niedzielnej ekskursji Boya-Żeleńskiego
https://wolnelektury.pl/media/book/txt/slowka-zbior-jak-wyglada-niedziela.txt
Serdeczne pozdrowienia,
Andrzej
Czyli jak sobie „miastowi” wyobrażają sielankę wiejską. Słówka Boya jak zwykle przepyszne, a i sprowokowały mnie do liczenia. W 9 miesięcy po tej majówce urodził się mój młodszy brat, czyżby przypadek?
Pozdrawiam serdecznie, Izabella